niedziela, 5 kwietnia 2015

W drodze aż po Genewę


Dziś fotka z serii tych "umieścić czy nie" .... ale co tam, wszak pierwszy raz mijaliśmy erotik - market mierzący 1000 m2 .... aż strach myśleć, co mieści :)


Słonko zaczęło się dla nas przebijać przez chmury.


Mijaliśmy kolejne mosty ...


Objeżdżaliśmy Jezioro Genewskie, tym razem od strony szwajcarsko - francuskiej jadąc w kierunku Genewy. 


Widoki były coraz piękniejsze.


Łapałam każdy zakręt. Wtedy wydawało mi się to szaleństwem, ale dziś, gdy wrzucam je na blog cieszę się ogromnie, że je mamy. Pamięć wymazuje obrazy. Blog je dla nas zapamięta.


Strona druga jeziora okazała się coraz bardziej słoneczna.


A my czuliśmy się, jakby ten na górze chciał nam dodać energii do dalszej podróży.


Czy muszę coś pisać... popatrzcie... piękny widok...


Zapach jeziora, słońce, poezja dla każdego, kogo los rzuci w to cudowne miejsce na mapie Europy.


Każdy łapie chwile dla siebie... a my ich szybko ich mijając samochodem.


Niezwykłe drzewa jak parasole.


Kolejny raz zachwycaliśmy się bateriami słonecznymi na budynkach. Ciągle zastanawiam się dlaczego w Polsce jeszcze takie rozwiązania nie są wykorzystywane.


Byliśmy już blisko Francji i poczuliśmy się jakby w innym świecie.


Lawenda - za pierwszym zakrętem - jakby udowadniała nam, że jest wizytówką Francji i że mamy do tego kraju przysłowiowy rzut beretem.


A ja cieszyłam się jak małe dziecko, bo byłam w tych regionach jak byłam nastolatką. Bardzo kochałam ten kraj. I marzyłam do zawsze, żeby moi bliscy poznali uroki Francji. Ale przed nami była jeszcze Genewa.


Ale powiem Wam, że oprócz lawendy - mijaliśmy setki pól pełnych słoneczników. Wspaniały widok.


Góry od strony francuskiej były widoczne i okazały się dla młodzieży też imponująco piękne.


Tunele w górach, długie i kręte, nie budziły w nas strachu. Raczej wywoływały podziw. Tomek był zachwycony. Do dziś je wspomina.


Na wodzie dziesiątki żaglówek. 


Ale też duże transportowce - wyglądały bardzo majestatycznie.


Pierwszy rzut oka na Genewę. Miasto marzeń Tomka ze względu na wystawy samochodów. Ale też różne zawody tu organizowane. Aga zachwyciła się budynkami.




Bo faktycznie Genewa ma w sobie mieszankę historii i nowoczesności.


Ekskluzywne sklepy ... ach aż przypominała się piosenka "Gdybym był bogaczem..." :) 


Wspaniała architektura zapraszała nas do rozgoszczenia. A nas gonił czas.


Zatem jechaliśmy przez to bajeczne miasto i wzdychaliśmy...



... bo jak tu mijać w ciszy choćby takie miejsca jak to?


Hihi śledziły nas oczy kota...


Tomek tylko wołał do mnie : "Mama patrz - Ferrari Kalifornia" - a ja cyk i już fotka złapana. Później kolejny raz cieszyłam się, że mamy dobry aparat i udało nam się to wszystko uwiecznić.



Łapałam też takie miejsca. Drobne chwile mijanych osób. Chciałam zapamiętać dosłownie wszystkie chwile. Może i nasza relacja jest chaotyczna, ale cała ta podróż to było szaleństwo pełne radości.


Opuściliśmy Genewę i ruszyliśmy w stronę Lyonu.


Mijaliśmy miasteczka ... małe, większe...


Szczyty obrośnięte drzewami ... zapowiadały kolejne przygody.


Łapałam tez takie ... osobliwości. Zakład pogrzebowy i wspaniała dziewczyna. Jakby życie w tej chwili zamknęło się w pętli życia.


I takie szyldy łapałam do aparatu ... czyżbym miała fisia na tle "Piotra" :D


No dobrze, dość gadania, bo pewnie Was zmęczyłam ... ale jak jeszcze nie, to mnóstwo dni do opisania przed nami. W wolnym czasie zapraszamy do lektury :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz