niedziela, 5 kwietnia 2015

Freddie Mercury, czyli witaj Montreux.


Wyjeżdżając od Sylwii załapaliśmy się na deszcz, który niestety nie chciał nas opuścić. Wraz z chmurami ciężkimi od wody dotarliśmy ... do Jeziora Genewskiego. Och co to był za widok.


Wjeżdżaliśmy do Montreux i pięliśmy się jadąc serpentynami wąskich dróg. Szczyty przykryte mgłą wyglądały jak olbrzymy budzące się z głębokiego snu. Zbliżaliśmy się do miejsca marzeń - tym razem całej naszej rodziny, ale nade wszystko mojego męża - Piotra. 


Montreux to miasto pełne cudownych hoteli.


Ale przybyliśmy tu dla tego pomnika -  Freddiego Mercury. Kochamy piosenki tego wykonawcy i całego zespołu Queen. Piotr zawsze marzył, żeby zobaczyć ten pomnik i oddać cześć temu niezwykłemu człowiekowi o niesamowitym głosie.


Krople deszczu tylko dodały uroku pomnikowi.


Na tym zdjęciu robionym przez pewnego turystę - widać nasze szczęście. A Freddie wygląda jakby zerkał na Tomka i szeptał .... "It's a kind of magic"... bo tak się czuliśmy.


Piotr nawet koszulkę sobie kupił specjalną na ten dzień. Wiecie w takich momentach, czuję, że to co robię ma jakiś plan. Że choć nas los doświadcza, to jednak potrafi wynagradzać nam z nawiązką wszelkie troski. Wiem, że ten dzień zostanie w naszych sercach na zawsze.


Co jeszcze było ciekawego w Montreux? 


Mini amfiteatr. Chcieliśmy namówić Agę na mały koncert, ale jakoś nie dała się :D


Na molo nie było turystów, ale za to nie zabrakło latających domowników.


Przy pięknych hotelach przebiega wspaniały park z różnymi rzeźbami i niezwykłą roślinnością.


Bardzo żałuję, że mieliśmy tak mało czasu, żeby tu pobyć. Niestety to Montreux to był tylko punkt przejazdowy w naszej podróży.


Nie mogłam odmówić sobie zrobienia fotek roślinności. Niby ponury dzień, ale kolorowe kwiaty nadawały mu magii.


Prawda, że przepiękne są te kwiaty? Wyglądają jak małe papryczki.


Wisiały jakieś takie płyty na jednym z budynków. Wykorzystałam je, żeby pobawić się aparatem.


A tu macie macie Tomka i moje  a la "selfi" :D 
Odbijamy się w płytkach na suficie w pewnym hotelu. Efekt zobaczyłam dopiero jak dotarliśmy do Poznania. Bardzo nam się poda to zdjęcie.


Montreux to pełne magii miasto. Jeśli będziecie mieli możliwość tam pojechać - to nawet się nie wahajcie. Tam jest cudownie.


Na brzegu jeziora poustawiane były różne instalacje - ten ptaszor był wielki i imponujący.


Szkoda, że góry przysłoniły gęste chmury.


Nowoczesne domy łączyły się ze starymi kamieniczkami.


Ktoś w kamieniach wyrzeźbił różne motywy. Aga wypatrzyła coś dla siebie.


Wybrałam kilka z nich... I ja coś dla siebie :D


No i Tomek też znalazł motyw dla siebie. 


A ja łapałam nawet kropelki wody na bluszczu...


Ale w pewnym momencie zobaczyliśmy, że dalsza droga być może okaże się jednak pełna słońca.


Pożegnaliśmy się z Freddiem :) i obiecaliśmy sobie, że jeszcze tam wrócimy.



Jeszcze zapatrzyłam się w instalację zamkniętą w budkę.


Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie wypatrzyła w niej maszyny do szycia :)


Ostatni rzut na szczyty nad miastem.


Spojrzenie na Freddiego.


A zapomniałam powiedzieć... że na lasce, którą trzyma Freddie fani zostawiają kawałki swoich wspomnień ... to bardzo romantyczne.


Spójrzcie jakie to piękne miejsce.  Woda, góry i piękne budowle. Aż marzy się, żeby tam zamieszkać.


Gdy już mieliśmy wyjeżdżać nagle odsłoniły się szczyty gór... nagroda za wytrwałość?


Nie było czasu, żeby zostać na dłużej, więc ruszyliśmy w dalszą drogę.


Wreszcie góry pokazały swój majestat. Śmiałam się, że ta podróż sama układa się w bajkę.


Żałowałam, że nie było czasu na obejrzenie zamków, fortec... ale cóż ważne, że i tak udało nam się tam dotrzeć.


Pomimo wcześniejszej niepogody, nas rozpierała niesamowita energia.


Żegnaliśmy się z Montreux ... i już marzyliśmy o kolejnym punkcie na naszej mapie.


Francja była przed nami... i dopiero połowa dnia nam minęła. Nie wiedzieliśmy, że jeszcze wiele emocji przed nami.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz