wtorek, 30 grudnia 2014

Schaffhausen - Szwajcaria - magiczna kraina skąpana w wodzie


Jak już Wam wspomniałam we wcześniejszym poście, udało nam się dojechać do Szwajcarii, gdzie na granicy groźnie wyglądający pan celnik, wypytywał o cel podróży, czy przemycamy pół domu itp, ale w końcu zaprosił nas na teren "jego państwa" . Okazało się, że do celu podróży, czyli do Schaffhausen mamy tylko 10 km, więc już cieszyliśmy się, że jesteśmy blisko.


Szwajcaria powitała nas pięknymi widokami. Już pierwszy napotkany kościółek potwierdził, że to widokówkowe obrazki faktycznie stąd pochodzą. Ale jak na Polaków za granicą przystało - zgubiliśmy się, bo nasz GPS nie chciał nam wskazać adresu Sylwii, u której mieliśmy spać.
Zatem złapałam za telefon... i po rozmowie z Sylwią, wcale nie byliśmy bliżej. Stwierdziłam, że Ona nie wie, gdzie jesteśmy my, a ja nie umiem Jej wytłumaczyć, gdzie dojechaliśmy. Ale jak to mówią, szczęście było naszym wiernym kompanem - spotkaliśmy pana z DHL -a, który śmiał się z nas, że gapy jesteśmy, ale po chwili jak odwiózł komuś paczkę, podjechał do nas i jadąc jego śladem dotarliśmy do celu. Jak widać szczęście nas nie opuszczało. 


Pod blokiem Sylwii jest pętla trolejbusowa. Hihi a Ona mi wcześniej tłumaczyła "Jedźcie wzdłuż drutów" ........... a ja szukałam szyn :D Widać motornicza we mnie bardzo schematyczna siedzi.


Zatem po powitaniu wybraliśmy się podziwiać okolicę, a powiem Wam - to magiczne miasto. Ledwie przeszliśmy za zakręt, a nad naszymi głowami rozciągać się zaczęły druty - z małpiego gaju.


Różnica między polskim małpim gajem a tym jest taka, że tu ludzie są na 10 razy wyższej wysokości.
Od samego patrzenia kręciło mi się w głowie.


Po chwili dotarliśmy do magicznego miejsca....


Ten wodospad po prostu zapiera dech... jest wspaniały. Osadzony w załamaniu rzeki. Wygląda jakby wpadał do wielkiego stawu.


Dookoła usadowione są mosty, w tym też kolejowy oraz knajpki wiszące nad wodą.


Połączenie wody, lasu i skał.... czysta magia.


Poza tym najbardziej kolorowa masa ... tkanin.... to muzułmanie, których jest po prostu ogrom. Połączenie sukni i butów sportowych....... nie mogłam się do tego wszystkiego przyzwyczaić.


Załapaliśmy się na fotkę rodzinną. Tylko Kasumi rozglądała się na około.


Na środku wodospadu stoi skała, do której można dopłynąć dżonką. Podziwiałam szaleńców.... nie byłabym w stanie tam popłynąć za żadne pieniądze świata :D 


Niesamowite też były ryby ....niektóre większe od kaczek, które pływały sobie licząc na dokarmianie.


Oczywiście uwieczniłam na pamiątkę ich nazwy.


I uwagę przykuł też ten napis - świetny, prawda?


I jakby było mało cudów... jest tam też piękny młyn. 


Udało mi się złapać przejeżdżający nad wodospadem pociąg. Wygląda jakby rzeczywistość wymieszała się w tym miejscu z bajką.


W wielu miejscach można wręcz dotknąć wody...


Można by tu kręcić filmy fantasy...


Zdjęć napstrykałam mnóstwo, ale wybrałam dla Was choć przekrój, żeby oddać urok tego miejsca.


Wszędzie kapiąca woda tylko jedno utrudnia ........ oddychanie. U mnie zmęczenie podróżą nałożyło się na gęstość powietrza i czułam jak z każdym krokiem słabnę. Tym bardziej jestem wdzięczna Sylwii i Jej Rodzinie, że czekali na mnie, że dawali mi chwilę na oddech. 


A to Synek Sylwii - Kordian. Prawdziwy Mały Bohater. Jak On śmigał na hulajnodze. Normalnie mały mistrz, mówię Wam. Do tego przesympatyczny kompan.


I jeszcze jeden widok na wodę ............ tylko z lotu ptaka nie ma fotki na wodospad :D


A teraz poznajcie Sylwię i Adama. Piękna z nich para. Bardzo żałujemy, że nie było więcej czasu na pogaduszki o wszystkim i niczym. Jedna noc to było za mało, ale cóż podróż ... była szalona.
Mam nadzieję, że nie zmęczyliśmy Was zbyt mocno. Dziękujemy za troskę, zrozumienie, za pyszności ............ no i za bułki, które uratowały nam życie w późniejszej podróży. Dobrze Kochana, że jesteś bardziej uparta ode mnie. 


Wróćmy jeszcze do podziwiania. Jak pisałam - był tam most kolejowy - a wzdłuż niego płot, na którym ludzie wieszają kłódki ... my swojej nie mieliśmy. Ale za to złapałam ich kilka...


Tak dla pamięci...


Hihi nawet Sylwię złapałam na sentymentalnej minie, gdy czytała napisy na kłódkach.


Idąc po owym moście dojść można do zameczku.... restauracji...na wzgórzu.


Tu udowodniłam, że życie ( sztucznej krowy) można brać za rogi :D


Hihihi nie byłam w tym pomyśle sama ...


Agnieszka razem ze mną robiła zdjęcia, dzięki czemu mamy ich na prawdę dużo, ale każda z nas widzi inaczej świat, dostrzega inne rzeczy i to dało pełny obraz świata, który odwiedzaliśmy.


Podziwialiśmy wystawę obrazów ( że też nikt nie bał się, że ktoś je ukradnie - szok :) )


Restauracja miała styl romantyczny, jak cały nastrój panujący wokół.


Na środku wzgórza rośnie drzewo... jak z bajki.


No sami powiedzcie ... czyż to nie czysta magia?


Jeszcze jeden widok na drzewo...... zakochałam się w tym miejscu.


Zajrzałam też na ukryte podwórze za murem.... znalazłam tam taką fontannę. Cudnie... po prostu cudne miejsce, idealne np. na zaręczyny lub podróż poślubną.


Mój Mąż też czuł magię tego miejsca...i trochę śmiał się z mojego strachu przed wodą, ale o tym za chwilkę...


No sami powiedzcie, wygląda prawie jak Nowa Zelandia? Skały wychodzące z wody, obrośnięte, dzikie...


I do tego taki pomost wychodzący nad wodę.... strach w moich oczach.... 


Udawałam, że pilnuję Kasumi :D


Ta woda wyglądała, jakby miała się wedrzeć do miejsca, gdzie staliśmy. 


W końcu namówili mnie na fotkę............. majty pełne...... mówię Wam, te kropelki wody, szum ..... obłęd .......masakracja.


I takie widoki ............. jak w piosence.......... "miłość krążyła w powietrzu..."



A oprócz psów.... można było na drodze spotkać takiego oto gryzonia.... czuł się tutaj jak w domu i miał minę, jakby się pytał - co wy do licha tu wszyscy robicie.


I najbardziej romantyczne miejsce.... w tej windzie jest restauracja. Ta para nam potem machała ręką.
Widać było, że są bardzo szczęśliwi. Może mieli rocznicę ślubu? 


Ostatni widok z góry na wodę.........i powrót.


Schaffhausen to magiczne miejsce z pięknymi budynkami.
Niestety jak wszędzie - spędziliśmy tam tylko kawałek dnia, noc i o poranku wyruszyliśmy w dalszą podróż.


Poranek powitał nas deszczem, ale to nie odwiodło mnie od robienia fotografii. Choćby to malowidło nad restauracją. Brak mi tego w Polsce.


To chyba kościół wśród jakby grzebieniem wyczesanych pól.


Mgła czy deszcz nas nie mogły zatrzymać.... jechaliśmy dalej....


Niektóre zdjęcia robione w biegu, dopiero teraz nam przypominają piękno tego kraju.


Szczyt skąpane w mgle miały nam jeszcze towarzyszyć...


Byliśmy coraz bliżej miejsca marzeń Piotra - mojego męża....


...wielkiego fana Freddie'go Mercury.... którego pomnik stoi w....


... Montreux... ale o tym już w następnym wpisie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz